Blog debat na każdy temat polityczny. Zapraszamy do dyskusji ....
Kategorie: Wszystkie | Debata | Od Redakcji
RSS
wtorek, 26 stycznia 2010

W ramach walki z wypaczeniami w hazardzie rząd przyjął projekt Rejestru Stron Niedozwolonych. Rozgrzało to internautów do czerwoności i zaowocowało akcjami skierowanymi przeciwko rządowemu projektowi. Powstają strony i listy z protestami.

Liczni protestujący, nie tylko internauci, wskazują, że rządowy projekt to nic innego jak przywracanie cenzury. Rząd twierdzi, że rejestr ma objąć tylko strony, które i tak są zabronione w świetle prawa. Kto ma rację?

Rejestr Stron Niedozwolonych ma objąć strony z pornografią dziecięcą, strony zajmujące się phisingiem itp. czy też strony z formami hazardu nielegalnymi w myśl polskiego prawa. Rząd chce zapobiegać przestępstwom i chwała mu za to, bo prewencja to najlepsza forma walki z przestępczością, ale internauci słusznie pytają czy nie jest to aby przesada. Tak się składa, że może to być narzędzie do blokowania stron niewygodnych dla rządzących. Podobne narzędzia stosuje się w końcu w Chinach czy w Iranie do blokowania treści nie będących po myśli rządów tych krajów. I też robi się to "w trosce o obywateli".

Jeżeli mamy tę kwestię rozpatrywać w kontekście ograniczania praw obywatelskich to łączy mi się to z inną sprawą, opisaną w tygodniku "Nie" i na Lewym Sierpowym. Rząd planuje bowiem możliwość zamykania alkoholików w szpitalach psychiatrycznych bez zgody sądu.

Jeżeli to połączymy z projektami zwiększającymi zakres dostępu służb specjalnych do danych przechowywanych przez operatorów komórkowych, to uzyskujemy obraz całościowych i kompleksowych zmian mających na celu znaczące ograniczenie praw obywatelskich "w trosce o obywateli".

Kto ma rację? Rząd, który chce o nas zadbać, czy obywatele, którzy nie chcą by rząd dbał o nich na siłę?

Zapraszamy do dyskusji.

wtorek, 12 stycznia 2010

Powoli zmierza ku końcowi kadencja prezydenta Lecha Aleksandra Kaczyńskiego, a na pierwsze strony gazet powoli będzie wkraczała kampania wyborcza poprzedzająca następne wybory. Jaka będzie ta kampania – łatwo przewidzieć, bo nic nie wskazuje, aby jej ogólny przebieg, wypracowany w tym wieku, został zmieniony. Zastanówmy się jednak, jaki jej efekt byśmy chcieli, czy jaki powinien być nowy prezydent?

Zapomnijmy o nazwiskach. Choć pisząc i mówiąc o swoich oczekiwaniach nie da się zupełnie odciąć od swoich sympatii, a więc konkretnych nazwisk, to nie chodzi tutaj o loterię.

Wiemy jak wygląda obecna kandydatura Kaczyńskiego, pamiętamy poprzednie – Kwaśniewskiego i Wałęsy. Jaka powinna być ta następna? Jakie mamy oczekiwanie merytoryczne, interpersonalne i interpolityczne od osoby nowego prezydenta. Jaką politykę powinien realizować – tak wewnętrznie w relacjach z rządem, którego może być sprzymierzeńcem, oponentem lub obiektywnym partnerem, jak i zewnętrznie – w którą stronę prowadzić kraj, z kim wchodzić w bliższe układy, a kogo unikać?

piątek, 01 stycznia 2010

W huku petard zaczyna się 2010 rok i odchodzi 2009, w którym wiele się zdarzyło. Teraz warto się zastanowić co przyniesie nam trwający od raptem chwili rok.

Postanowiliśmy dla rozluźnienia nieco atmosfery, która na Debacie robiła się ostatnio napięta (dyskusje pod notkami stanowiącymi głosy "na temat" bywały gorące), że na dobry początek Nowego Roku pobawimy się we wróżki i zastanowimy się co może nam przynieść 2010 w naszym kochanym polskim politycznym grajdołku.

Nawet jeśli bowiem wytężymy całą politologiczną czy zdroworozsądkową wiedzę nie jesteśmy w stanie przewidzieć co przyniesie nam ten nowy rok. Dlatego też zajmowanie się polityczną rzeczywistością naszego kraju przypomina zajmowanie się wróżeniem z fusów (przy czym wróżki mają większy procent trafień niż zawodowi analitycy). Jedyną dziedziną życia, która jest bodaj jeszcze bardziej nieprzewidywalna jest chyba tylko ekonomia, gdyż nie przypominam sobie żadnej trafionej analizy przestrzeni ostatnich kilku lat, co czyni ekonomię bardziej dziedziną zabobonu niż nauki.

Niemniej każdy lubi kreślić obraz przyszłości, więc zapraszamy do zabawy i porozmawiajmy o tym, co może przynieść nam 2010 rok...

Powróżycie?


czwartek, 24 grudnia 2009

Święta. Czas choinki, prezentów, łamania się opłatkiem i wyprawy na Pasterkę. Ale czy dla wszystkich jest to czas radosnego świętowania Bożego Narodzenia?

Co ateista może w wigilę, ale nie musi

Są wśród nas ludzie, którzy Świąt nie obchodzą. Nie tylko ateiści, ale także ludzie po prostu obojętni, czy innego wyznania. Różnie radzą sobie z czasem, gdy siła tradycji, społecznych nawyków czy po prostu presja rodziny zmusza ich do uczestniczenia w świątecznych zwyczajach.

I różnie też ten czas spędzają.

Niektórzy dostosowują się do rodziny na tyle, że nawet idą do kościoła. Inni poświęcają ten czas na aktywność zawodową, a jeszcze inni wykorzystują wolne dni na domowe porządki, w oczywisty sposób, denerwujące obchodzących święta sąsiadów.

Jak można znaleźć tu złoty środek, gdy święta Bożego Narodzenia mają wymiar nie tylko religijny, ale również komercyjny i niejako wszystko dookoła zmusza nas do ich obchodzenia czy chcemy tego czy nie? I jak tu znaleźć miejsce na autentyczne przeżycia duchowe, gdy z telewizora dobiegają dźwięki kolejnej udanej pułapki Kevina zostawionego w domu albo strzelanina którą John McLane zafundował w ramach wychodzenia ze Szklanej Pułapki?

Czy nie wydaje się Wam, że sytuacja tych, którzy świąt obchodzić nie chcą i tych, którzy szukają w nich duchowego przeżycia stała się nagle bardzo podobna pod naciskiem połączonych sił tradycyjnych rytuałów i komercyjnego zabawiania?

Co o tym sądzicie? Wykorzystajmy spokojny czas świąt na spokojną dyskusję :)

Wesołych ;)

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Emerytury to ważny problem gospodarczy, zarówno w skali globalnej jak i w wymiarze bardzo osobistym. Sprawa jest bardzo poważna i to także dla bardzo przyszłych emerytów, którzy nawet o tym nie myślą. Nasz system emerytalny to niestety cykająca bomba finansowa i sprawa do załatwienia na wczoraj. Jutro już może być za późno.
W zależności od gospodarczej koniunktury na przestrzeni lat prezentowano różne podejście do wieku przechodzenia na emeryturę. Wysokie bezrobocie, wyż demograficzny wchodzący na rynek pracy zaowocowały tendencją do jak wysyłania na garnuszek ZUS-u każdego, kto tylko miał uprawnienia. Zróbmy miejsce młodym - w ramach solidarnosci pokoleń. Gdy jednak gospodarka ma się dobrze, fachowcy z doświadczeniem okazują się przydatni - głośno móimy o tym, że szybka emerytura to świadczenie bardzo niskie. Z pewnością jest to także prawda. W gospodarce rynkowej tak to już niestety jest - ile uzbieramy tyle będziemy mieć. I trudno liczyć tu na państwo - dopłacanie do wcześniejszych emerytur różnych grup zawodowych (ważne hasło wielu branżowych związków zawodowych) wiąże się z tym, że finansujemy je wszyscy, z naszych podatków.

Czy w tym kontekście pomysł minister Fedak o uelastycznieniu wieku emerytalnego nie wydaje się więc dobrym rozwiązaniem?
Wiek przechodzenia na emeryturę może być elastyczny
Może to dobre rozwiązanie? Decyzję podejmują sami zainteresowani? Mam chęć do pracy, czuję się na siłach - pracuję dłużej. W zamian za to - na emeryturze będzie mnie stać na więcej. Jeżeli natomiast moje potrzeby nie są tak wygórowane, za to ani sił ani chęci do pracy nie mam - idę na emeryturę wcześniej.

Co o tym sądzicie? Zapraszamy do dyskusji.

sobota, 12 grudnia 2009

Stan wojenny. Właśnie mija 28 lat od jego wprowadzenia. Niektórzy mówią o wybuchu wojny jaruzelsko- polskiej....
W dorosłość weszło już pokolenie urodzone i wychowane w wolnej Polsce, dla którego brak "Teleranka" w pewien niedzielny poranek nie niesie sobą żadnych treści. Uczestników i świadków tamtych dni jednak nie brakuje, dostęp do realiów wydaje się prosty. Czy jednak na pewno możliwa jest obiektywna ocena historii wcale nie tak bardzo odległej? Jaki wpływ mają na to nasze osobiste emocje? Czy utożsamiamy się z wizją i oceną naszych czołowych polityków czy mamy swoje własne zdanie? Rację ma Jarosław Kaczyński mówiący o karze dożywocia dla generała Jaruzelskiego?
Za stan wojenny - dożywocie
A może bliższa jest nam ocena Aleksandra Kwaśniewskiego, który widzi w tym ważny kamień milowy w naszej drodze do wolności i demokracji?
Jaruzelski oszukał Rosjan. To mistrz.
Czy groziła nam wojna domowa, dodatkowo wsparta "bratnią pomocą"? Czy stan wojenny opóźnił to, co stało się później, a my wszyscy niepotrzebnie straciliśmy kilka lat? A może rzeczywistość wcale nie jest taka czarno-biała i nie ocena stanu wojennego nie może być jednoznaczna?

Podyskutujmy o tym ....

 

sobota, 05 grudnia 2009

Po II wojnie światowej Polska nie prowadziła (poza interwencją w Czechosłowacji w 68 r.) aktywnych działań zbrojnych w innych krajach. Nasze uczestnictwo, przeważnie pod egidą ONZ, sprowadzało się do nadzorowania rozejmów i utrzymywania pokoju. Sytuacja uległa radykalnej zmianie w 2001 roku, kiedy to pod egidą NATO i z rządzy odwetu za zamachy w USA wyruszyliśmy do Afganistanu. Równolegle z interwencją w Afganistanie w 2003 roku daliśmy się uwieść USA i wraz z kilkoma innymi krajami ruszyliśmy na podbój Iraku żądni sławy i obiecanych łupów wojennych.

Od tych wydarzeń minęło już kilka lat. Z Iraku wycofaliśmy się w 2008 roku nie osiągnąwszy żadnego z zakładanych celów misji. Nie uzyskaliśmy ani kontraktów na odbudowę, ani ropy a stosunki z USA uległy degradacji po wyborze nowego prezydenta. Pozostawiliśmy kraj, który przez kilka lat „stabilizacji” przez USA i sojuszników ześlizgnął się ze stabilnej dyktatury w otchłań anarchii i rebelii. Dzisiaj kosztem wielu miliardów dolarów USA udało się, jako tako sytuacje w Iraku ustabilizować. Kluczem do sukcesu miała być taktyka, którą amerykanie nazwali „surge” a która nie jest niczym innym jak „przejściowym” zwiększeniem ilości wojsk na danym obszarze. Co którzy czytają podręczniki historii dobrze wiedzą, że taktyka to żadna nowość tylko puder nałożony na to co niegdyś prezydent Lyndon Jonshon robił podczas wojny wietnamskiej. Wtedy nie zadziałało, bo zdaniem wojskowych żołnierzy posłano tam zbyt mało, teraz podobno w Iraku sprawdziło się lepiej.

Afganistan to jednak nie Irak, to misja pod (przynajmniej oficjalnie) egidą NATO. Więc prezydent Obama wykonywał telefony do przywódców paktu. Polska została poproszona o kolejny 1000 żołnierzy.  I tu pojawia się pytanie czy warto wysyłać więcej ludzi?

Afganistan pozostaje po ośmiu latach od interwencji NATO, krajem pogrążonym w anarchii. Wojska NATO nie kontrolują większości terenu poza bazami, Talibowie poczynają sobie coraz śmielej a na większości terytorium i tak de facto obowiązuje prawo szariatu. Dodatkowym źródłem wsparcia dla Talików był i jest Pakistan, który jest jednak bliskim sojusznikiem USA i krajem posiadającym broń nuklearną. W środku tego kotła tkwi niewielki polski kontyngent z dnia na dzień coraz skuteczniej atakowany przez Talibów. Tkwią żołnierze, którzy są okradani przez kadrę dowódczą a jako toalet używają rur wbitych w ziemię. Teraz ma ich być o 1000 więcej. Czy jednak takie działanie ma sens?

Od redakcji: Notka napisana przez Marchewę.

środa, 25 listopada 2009

Kilka dni temu premier zaproponował całkowitą przebudowę ustroju Polski. Konkretne propozycje zmian Konstytucji zmierzają do znacznego ograniczenia kompetencji prezydenta, z jednoczesnym wzmocnieniem roli premiera.
Czy to dobry pomysł? Głosy są podzielone, wszyscy mają swoje racje. Najwięcej obaw budzi ekspresowy tryb i bardzo napięty harmonogram prac. Czy ustawa zasadnicza nie powinna być jednak głęboko przemyślana, skonsultowana? W końcu Konstytucji nie uchwala się na jedną kadencję, dopasowując ją pod konkretne wymagania polityczne chwili. 

Kraj trzeba reformować i skupienie władzy w jednym ośrodku decyzyjnym z pewnością zaowocowałoby znacznym zwiększeniem skuteczności. Obecny układ, w którym Prezydent, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności moze hamować każdy rządowy pomysł na pewno nie jest komfortowy. Może warto jednak posłużyc się nieco wyobraźnią i założyć wariant, w którym do władzy dochodzi ugrupowanie, które nieodpowiedzialnymi decyzjami doprowadzi kraj do katastrofy? Jak zabezpieczyć się przed takim wariantem? 

Zmieniać więc Konstytucję czy nie? A jeśli tak - to jakie rozwiązania wprowadzić? Co zrobić, aby nasze państwo działało sprawnie? A my wszyscy, żebyśmy mieli demokratyczne możliwości kontroli? 

Zapraszamy do debaty. Co o tym sądzicie?  

niedziela, 15 listopada 2009

W czasach I RP, w czasach Rzeczpospolitej Szlacheckiej nasz kraj mienił się jako ostoja tolerancji. Na terenie Polski spokój znajdowali zarówno przybysze z innych krajów, jak również wyznawcy innych religii niż dominujące (katolicyzm i prawosławie) – wypędzeni ze swoich ojczyzn, czy rodzimi, szukający zbawienia na innej drodze, niż pragnąłby tego papież (choć czasami pod jego żądaniami stan ten się zmieniał – jak w przypadku wypędzenia arian w 1655 roku).

Minęły lata i co z tego zostało? W Konstytucji powstał zapis o rozdziale państwa i kościoła, ale potem został ratyfikowany konkordat (wynegocjowany zresztą parę lat wcześniej) i wszystko się zmieniło. Dzisiaj prezydent, który powinien reprezentować wszystkich obywateli, informuje, że u nas panuje jedna słuszna myśl: „Nikt w Polsce nie przyjmie do wiadomości, że w szkołach nie wolno wieszać krzyży. Nie ma na co liczyć. Być może gdzie indziej tak. W Polsce – nie”.

Niby przymusu zdejmowania nie ma, Trybunał dał tylko prawo do domagania się braku narzucania religii i zachowania neutralności światopoglądowej, przymusu zdejmowania krzyży nie ma, o czym świadczy akcja wieszania krzyży w włoskich szkołach. Jednak wszyscy dobrze znamy naszego prezydenta i dobrze wiemy, o co mu tak naprawdę chodziło – u nas religia ma być zawsze obecna.

I co się stało z naszą tolerancją? Co z zachowaniem neutralności państwa? „Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym.” – co się z tym stało? Dlaczego prezydent nie tylko zapowiada, że religia to przymus, ale równocześnie informuję, że wszyscy mają się zastosować do jednej?

Czy Polska to jeszcze kraj świecki, czy już religijny? A jeśli stał się wyznaniowym – to co zrobić z wyznawcami innych religii ok. 3 tys., samych odłamów chrześcijaństwa jest ok. 267): potrafimy ich uszanować, czy tak jak prezydent, chcemy zmuszać do uczenia się w cieniu krzyża?

czwartek, 05 listopada 2009

Jakie jest miejsce symboli religijnych w życiu publicznym? Czy symbole jednej religii mogą ranić wyznawców innej wiary? A ludzi niewierzących? Co jest najbardziej sprawiedliwe i politycznie poprawne? Równe prawa dla każdego czy brak praw dla wszystkich?
Te i podobne pytania co pewien czas rozgrzewają debatę publiczną. Tym razem nie tylko w Polsce, ale również w Europie. Wszystko za sprawą wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który uznał straty moralne obywatelki włoskiej, urażonej krzyżem wiszącym w szkolnej klasie jej synów. Traktując to jako odebranie jej prawa do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami, w imię wolności religijnej uczniów - przeszła całą ścieżkę sądową we Wloszech i dopiero w Strasburgu przyznano jej rację.
Czy słusznie? Sądząc z wywołanej wrzawy w mediach i internecie zdania są podzielone. Jedni mówią o wojującym ateiźmie, drudzy o konieczności rozdziału państwa od Kościoła. Argumenty odwołujące się do tradycyjnych wartości europejskich ścierają się z prawami do wolności sumienia ograniczanej manifestowaniem poglądów religijnych innych.

Czy można to wszystko pogodzić? Jakie standardy powinny nas wszystkich obowiązywać, żebyśmy wzajemnie się nie ranili?
Podyskutujmy...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6


Komentarze.eu - Przegląd polskiej blogosfery
Blogi Polityczne